Było to uczucie zgoła nierealne. Początkowo nie mogłam uwierzyć w zmaterializowanie się mojego marzenia. Niedowierzanie było tym silniejsze, że większość wydawnictw na hasło „debiutant” zamyka drzwi, a gdy dodasz „poeta” jeszcze je rygluje. Następnie pojawiło się zszokowanie. Nie mogłam zrozumieć, jak kilka niezwykle trudnych lat mojego życia zmieściło się w tak cienkiej książeczce. Nierealności dodawał jeszcze fakt, że wszystko to działo się we wtorek trzeciego marca tego roku w Międzynarodowy Dzień Pisarzy.
Ogromna wdzięczność jest tym, co zostało z tej chwili najdłużej. Wiersze te pomogły mi stanąć na nogi,
a może nawet wznieść się lekko ponad ziemię w niezwykle trudnym okresie mierzenia się z problemami zdrowotnymi, w tym z diagnozą nieuleczalnej choroby. Czułam, że jestem im winna publikację, aby zyskały choć cień szansy na to, by dotrzeć do kogoś, kto również mógłby odnaleźć w nich ukojenie.


Wiersze są jak nauczyciele, którzy tłumaczą doświadczane wydarzenia i emocje. Oczywiście milej pisze się
o rzeczach przyjemnych, jednak te o smutnej tematyce pozostawiają po sobie uczucie oczyszczenia. W „Dzikich poziomkach” pojawiają się tematy z całego wachlarza emocji. Utwory są umieszczone w kolejności chronologicznej, ponieważ chciałam zachować jak największą szczerość odczuć i związanych z nimi przemyśleń. Pokazuje to, jak skrajne doświadczenia mogą mieszać się ze sobą, przeplatając chwile urzekające i takie, które sprawiają ból.
Jeśli miałabym wskazać tylko jeden utwór, powiedziałabym, że szczególnie bliski jest mi wiersz, który można odnaleźć w tomiku pod numerem 32. Jest on skierowany do osób, które w przyszłości będą mierzyły się z moim odejściem. Tworząc go teraz, za życia, stanęłam twarzą w twarz ze świadomością, jak krótki jest nasz czas na tym świecie. Taka świadomość, wbrew swemu ciężarowi, wyzwala.
Jest to słowo, którego znaczenie pomogło mi przejść przez żałobę po stracie kogoś bardzo bliskiego.
W sporym uproszczeniu, oznacza głęboką tęsknotę, w której zawiera się jednak radość wynikająca z wdzięczności za możliwość dzielenia danego nam czasu z utraconą osobą, miejscem, rzeczą. Próbując sobie poradzić w najtrudniejszych chwilach wspominałam więc wszystkie piękne wspólne momenty nie z uczuciem ich bezpowrotnego utracenia, ale dziękując za możliwość ich przeżycia.
„Saudade" to jedno z wyjątkowych słów, które istnieją tylko w danym języku, w konkretnej kulturze. Interesuję się nimi od czasów szkoły średniej i zapisuję w przeznaczonym do tego notesie. To niesamowite, jak kultura i uwarunkowane nią zawiłości językowe rodzą tak precyzyjnie opisujące coś wyrazy. Przybliżam je moim Obserwatorom na Instagramie w serii „Słowne Chaszcze” – serdecznie zapraszam! Ostatnio wspominałam tam o uroczym islandzkim słowie „hoppípolla”, wymyślonym przez zespół muzyczny do określenia skakania po kałużach. W dorosłym życiu brakuje nam niepohamowanej radości, cieszenia się chwilą. Nie mamy ich przecież nieskończenie wiele!
Oczywiście! Moje doświadczenia życiowe połączone z absolutnym brakiem zrozumienia własnej wrażliwości wepchnęły mnie w ramiona nihilizmu. W okresie bezpośrednio poprzedzającym powstanie wierszy z „Dzikich poziomek”, całe moje dotychczasowe rozumienie świata runęło. Stając oko w oko z lękami oraz z namacalną świadomością własnej śmiertelności, maniakalnie wprost szukałam sensu, celu, odpowiedzi na jakże trudne pytanie „po co?” Zapoznałam się z rozmaitymi ujęciami tego pojęcia, takimi jak japońska koncepcja „ikigai” czy filozoficzna logoterapia Viktora Frankla. Nic jednak nie przemówiło do mnie w stu procentach.
Na szczęście na scenę wkroczyły zachwyty. Nawet te małe, często niedostrzegane w pośpiechu dnia codziennego, jak pogrążony w swej pieśni kos, zasiadający na dachu tuż nad balkonem sąsiada. Powoli odczuwałam jak błogim stanem jest całkowite oddanie się danej chwili i roztaczanej przez nią aurze. Zrozumiałam, że to właśnie takiego uczucia pragnę poszukiwać. I że jakkolwiek źle by nie było, jeśli przez kilka minut będę w stanie z pełnym oddaniem podziwiać zawiłą ptasią pieśń to naprawdę warto żyć.
Niedawno zachwyt wywołało we mnie... drzewo! Wybrałam się na spacer po nieznanym mi lesie. Był to teren podmokły, nieopodal rozległych stawów, więc bagienne podłoże stanowiło wystarczającą podporę jedynie dla bardziej delikatnych, smukłych drzew. Jednak jakimś cudem udało się tam przetrwać zachwycającemu gigantowi, wyraźnie poturbowanemu przez czas, wichury i prawdopodobnie nawet rażonemu piorunem. Uderzyła mnie jego siła, nieugiętość i bijąca od niego mądrość. Oczywiście nie taka, jak pojmujemy ją my – ludzie. Była to mądrość pradawna, wykorzystywana od milionów lat przez stworzenia zamieszkujące nasze ziemie. To niezwykłe, czuć się takim maleństwem w obliczu natury.


Szczęście to akceptacja. Pełna, szczera, bezkompromisowa. Nie myślę tu oczywiście o cieszeniu się ze złego stanu rzeczy, ani uśmiechaniu się przez zaciśnięte zęby, gdy wszystko idzie nie tak… Wspaniałymi nauczycielkami szczęścia są moje ukochane kociaki, które w bardzo młodym wieku utraciły oczka. Niestety z powikłaniami borykamy się do dziś. Mimo to z ogromnym podziwem obserwuję, jak starają się czerpać radość z każdego dnia.
Uważam, że niesamowicie ważne jest to, byśmy potrafili zrozumieć, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Presja, by tak było okrutnie niszczy radość z życia i małych, ulotnych chwil. Szczęście to stan, w którym jest na tyle dobrze, że możemy zaakceptować to jak się w danej chwili mamy: gdzie jesteśmy, w jakich warunkach psychofizycznych jesteśmy i, co bardzo ważne, jacy jesteśmy – ciężko jest zaakceptować życie bez szczerego zaakceptowania siebie.


Serdecznie dziękuję, że to dostrzegłaś! Masz absolutną rację, są to sprawy niezwykle dla mnie ważne. Życie na drugim skraju tej szali spowodowało, że zarówno moje ciało, jak i dusza przestały dawać sobie radę. Za wszelką cenę usiłowałam dopasować się do otaczającego świata, mimo potwornej niezgody wobec zasad nim kierujących. Na szczęście w odpowiednim momencie zrozumiałam, że albo coś zmienię, albo nie będzie już dla mnie nadziei. Tu przywróciłam, w miarę możliwości, ustawienia fabryczne w moim umyśle, odrzucając pewne narzucane nam od dziecka „oczywistości”. I zaczęłam uczyć się życia na nowo. Wynika z tego pozornie naiwny wydźwięk niektórych wierszy w tomiku. Przestrzeń tej nauki nazwałam moim „smultronstället", czyli – wracając do słów mających znaczenie tylko w danym języku – miejsca, w którym czujemy się bezpiecznie, szczęśliwie, dobrze. Tłumacząc dosłownie jest to miejsce, w którym rosną właśnie dzikie poziomki!
Z kolei celebrowanie codzienności w moim wykonaniu jest niezwykle proste. Nie stosuję żadnych rytuałów, gadżetów, czy aplikacji. Najlepszym sposobem na świętowanie każdej chwili jest jej dostrzeganie. Nie lubię określenia „dla zabicia czasu”, ponieważ czas jest wszystkim, co mamy. Nawet w kolejce do lekarza możemy dostrzec coś cudownego. Zamiast tkwić z nosem w telefonie, możemy rozejrzeć się dookoła. Sprawdzić, co dzieje się za oknem, zauważyć podobieństwo między obrazem wiszącym w poczekalni, a tym oglądanym setki razy w dzieciństwie w domu babci, rozczulić się widokiem mamy pocieszającej niepokojącego się czekającym go badaniem synka. Czerpiąc z „Dzikich poziomek”, pragnę podsumować odpowiedź słowami: „przyjrzyj się dobrze każdej chwili, bo może w niej mały cud cicho kwili”.
Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Agaty Balter oraz ze strony internetowej Wydawnictwa Mamiko.
Komentarze
Ostatnio dodane
Znajdziesz mnie na Instagramie, zapraszam!