Czteropiętrowa, odremontowana kilka lat temu kamienica stoi w tym samym miejscu od ponad siedemdziesięciu lat. Zmieniają się tylko ludzie. Malwina spędziła tu dzieciństwo. I to takie za jakim się tęskni. Kiedyś myślała, że te pierwsze lata życia zawsze są sielsko-anielskie.
Dziwiła się, kiedy ktoś mówił, że chciałby je wykreślić raz na zawsze. Teraz coraz lepiej to rozumie. Poznała tylu ludzi z bardzo zagmatwanymi życiorysami. Gdyby miała tylko choć odrobinę zacięcia opisałaby to w kilku opasłych tomach.
Wiosną teoretycznie wszystko budzi się do życia. Malwina czuła, że wpadła w jakiś smętny tunel z którego nie ma wyjścia. Nic jej nie cieszyło. Najchętniej zaszyłaby się pod kołdrą, ale chyba jeszcze odrobina jakiegoś trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość sprawiła, że wreszcie któregoś marcowego dnia odważyła się wejść na podwórko.
Spojrzeć w te okna z których kiedyś spoglądała na kasztanowca. Na ludzi którzy szli do pobliskiego warzywniaka, na coraz bardziej garbiących się i siwiejących mieszkańców okolicznych bloków… „To niemożliwe, że kiedyś w tym domu zamieszka ktoś, kogo w tej chwili nie znam. Ktoś kto nie ma pojęcia o moim istnieniu" – myślała. Nie mogła pogodzić się, że to se ne vrati i kropka.
– Pani Malwino, pamiętam, kiedy babcia bawiła się z panią w piaskownicy, kiedy na drutach robiła sweterki dla pani lalek. A dziś pani stoi tutaj ze swoją córeczką – mówiła pani Jadzia spod siódemki, kiedy ostatnio spotkały się na podwórku.
– Pani Jadziu, wszystko się zmieniło, babcia i dziadek już nigdy nie pomachają mi na pożegnanie, tak jak to robili przez tyle lat. Teraz mogę odwiedzać ich tylko na cmentarzu… – odpowiedziała przygnębiona Malwina.
– Najwyższy czas, aby zebrała się pani w sobie i w końcu wystawiła mieszkanie na sprzedaż, skoro nie da pani rady mieszkać tutaj. Rozumiem, za dużo wspomnień, emocji – odpowiedziała ledwo poruszająca się sąsiadka.
– Ma pani rację. Choć powiem szczerze, że za bardzo te wszystkie wspomnienia mnie jeszcze bolą. Żyję trochę na pograniczu jawy i snu. Czasami wydaje mi się, że dziadek dalej siedzi na swoim ukochanym zielonym fotelu i słucha radia. Tak bardzo chciałabym, żeby tak było, ale cóż, samo życie… – odparła Malwina z rezygnacją w głosie.
– Mamo, mamo, chodźmy do cukierni na te pyszne rogaliki z czekoladą – namawiała Malwinę jej pięcioletnia córeczka. I oczywiście kobieta jej ulegała, choć każdego dnia od sześciu czy siedmiu lat zaczynała kolejną dietę. Skusiła się na dwie napoleonki.
Tego samego dnia wróciły jeszcze do domu, w którym do niedawna mieszkali dziadkowie czterdziestodwulatki. Razem z przekręconym kluczem wróciły wspomnienia. Wazon w ludowe wzorki, adapter na którym tak uwielbiała słuchać bajek. Wzruszyła ją lalka, którą trzydzieści pięć lat temu dostała na gwiazdkę, koc w kratę który doskonale pamięta lata 80-te…
– Mamo, a kiedy zmarł tata Oli, to jej mama nie rwała sobie włosów z głowy – powiedziała Iga, córeczka Malwiny. Ola mówiła, że przez dwa lata mieszkał u jakiejś innej pani i kupował jej coś takiego, co sroki lubią najbardziej.
Malwina nie wiedziała, co odpowiedzieć Idze. Domyślała się, jak mogła wyglądać ta historia z rodzicami jej koleżanki. Zapytała, czy dziewczynka ma ochotę nalać wody do konewki w kształcie serca. Na szczęście miała chęć. Jednocześnie „wkręciła się” w zadawanie innych pytań: dlaczego rośliny są zielone, skąd się biorą igły u kaktusów…
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Malwina spojrzała przez wizjer i zobaczyła wścibską sąsiadkę z naprzeciwka. Otworzyła.
– Dzień dobry, widziałam panią przez okno, no i postanowiłam wpaść na chwilkę. Wygląda pani na bardzo przemęczoną. Moja siostra otworzyła niedawno salon fryzjerski, dam pani ulotkę. Może skusi się pani na jakąś zmianę, ten kolor dodaje pani lat, ciepły blond będzie lepszy – doradziła. Malwina wiedziała, że ostatnio zmizerniała, ale słowa z ust pani Różyckiej wprawiły ją w kiepski nastrój.
„Babsztyl z odrostami będzie mi tutaj dawał rady" – pomyślała i miała ochotę trzasnąć drzwiami, ale sąsiadka zdążyła jeszcze zapytać, czy zna może babciny przepis na makowiec. Choćby nawet znała, i tak nie zdradziłaby go tej kobiecie. Na szczęście wybawiła ją Iga, która podbiegła w podskokach.
– Mamo, ta pani wymalowała sobie usta burakami, pewnie była jakaś promocja – powiedziała. Mina Różyckiej była bezcenna
– To ja już pójdę, makaron gotuję, żeby mi się za bardzo rozpaćkany nie zrobił, bo takiego nie lubię. Do widzenia, niech pani zajrzy do mojej siostry – powiedziała na odchodnym.
No i pięknie, tym sposobem niemile widziana sąsiadka odmaszerowała w swoją stronę. Malwina zastanowiła się jeszcze, czy ten makaron, który i tak już się pewnie rozgotował jest w kształcie wstążek, muszelek, a może kokardek. Sama najbardziej lubiła kolanka.
Wyjrzała przez okno, z rozrzewnieniem spojrzała na parking, na którym jeszcze całkiem niedawno (choć kilka dekad temu!) stały Warszawy, Syreny czy Trabanty zwane popularnie mydelnicami. Taką mydelnicę miał ojciec jej najlepszej psiapsióły. Tak, to było coś!
Malwina ma to do siebie, że uwielbia analizować życie innych osób, swoje zostawiając tylko dla siebie. Ciekawe z czego to wynika? Przyparta do muru, najczęściej mówi, że jest jedynaczką i nie lubi się dzielić swoim światem z innymi. Być może rzeczywiście „jedynki” tak mają. Na pewno jest aż do nieprzyzwoitości punktualna, brakuje jej spontaniczności. Może na starość da trochę czadu!
Po czterdziestce ludzie lubią podsumowywać swoje życie. Często żałują, że czegoś nie zrobili, a teraz już niestety, nie mogą cofnąć czasu. Być może kilka życiowych szans przeleciało koło nosa. Ale może w tym samym czasie kiedy realizowalibyśmy to coś, co pominęliśmy, nie moglibyśmy zgromadzić różnych chwil, które pamięta się czasem do końca życia.
Gdyby Malwina pewnego bardzo deszczowego dnia nie weszła do sklepu, aby kupić parasol, nie spotkałaby swojej obecnej przyjaciółki. Kosmetolożki, która wreszcie znalazła sposób na jej trądzik różowaty. To było właśnie jedno z takich spotkań, kiedy czas przyjemnie płynie, a dialog nie jest męczarnią tylko prawdziwą frajdą. Szkoda, ze tak rzadko to się zdarza.
To właśnie dzięki Milenie, Malwina odważyła się zapisać do klubu fitness (dokładnie: odważyła się, bo wcześniej zważyła się i to co zobaczyła załamało ją kompletnie!). Zawsze lubiła odkładać różne sprawy a to do najbliższego poniedziałku, a to do pierwszego, a to do pojawienie się pierwszego siwego włosa… Na szczęście po wielu namowach poszła do fitness klubu.
Stresowała się przed tym wyjściem jakby co najmniej miała rendez-vous z Clooneyem. Jak to w życiu bywa, poszło całkiem w porządku. Bo zazwyczaj jest tak, że jeśli się czymś cholernie denerwujemy, w głowie tworzymy przeróżne niefajne rozwiązania.
Zapętlamy się w tym wszystkim, a rzeczywistość bywa na szczęście przyjemniejsza. Ludzie, którzy są na skraju życia często mówią, że za bardzo żyli przyszłością, przeszłością. Żałują, że nie potrafili być tu i teraz. Mają wrażenie, że życie przeleciało nie wiadomo kiedy.
Tak, Malwina boi się tego, że wszystko mija tak szybko. Nie obejrzy się, a już będzie na niektóre sprawy za późno. Sprawy, które jeszcze teraz są w zasięgu ręki. Jeszcze niedawno była dziewczynką z warkoczykami w plisowanej spódniczce i koszulką z Kaczorem Donaldem. Teraz walczy z worami pod oczami i z kryzysem wieku średniego.
Chciałaby cofnąć czas. Zobaczyć machającego przez okno dziadka. Niestety z tego okna będzie machał już zupełnie ktoś inny, do kogoś, kogo Malwina najprawdopodobniej nie spotkała nigdy w życiu. Na razie musi wystawić mieszkanie na sprzedaż. Nie da rady żyć w domu, w którym ciągle jest tyle wspomnień, emocji… Musi pożegnać część siebie. Zamknąć drzwi. Otworzyć kolejny rozdział życia. I znów spróbować zachwycić się wiosną.
Komentarze
Ostatnio dodane
Znajdziesz mnie na Instagramie, zapraszam!